Jak zarazić faceta pasją do robienia zdjęć?

Jest metoda!

Pamiętam nasz pierwszy kupiony aparat po ślubie. Był dla mnie. Robiłam sobie zdjęcia wszystkiemu,  co tylko mogłam. W między czasie powstał blog - blog, który z pamiętnika stał się pasją. Pisałam coraz więcej, ale to co kręciło mnie najbardziej to jednak zawsze były zdjęcia. Zdjęcia, których tylko ja byłam autorem - bo mąż tego nie czuł, nie miał chęci, nie potrzebował. Czas płynął. .. W pewnym momencie zatrzymałam się!  Gdzieś tam między pisaniem o zabawkach i pieluszkach zadałam sobie proste pytanie: blog ma nazwę MartynaG.pl - a mnie tam w ogóle nie ma! Czas nadszedł, by to zmienić... 

Prosić zaczęłam męża o zdjęcia. Opierał się. Nie lubił bardzo. Coś tam nawet sapał pod nosem. No ale robił, bo prosiłam. I to jest to pierwszy bardzo istotny punkt: prosiłam. Najzwyczajniej w świecie pytałam "czy mógłbyś mi zrobić zdjęcie?", potem dodawałam wpatrując się w jego oczy "proszę", ewentualnie "no proszę"!  No i robił. Oj, co ja się nasłuchałam czasem... jak bardzo mocno język musiałam przygryzać. Ale cóż, miałam. Ustawiałam co trzeba, wręczałam do ręki i powtarzałam  wdzięcznie to magiczne słowo "proszę". A potem przychodził czas na drugi kluczowy punkt: chwaliłam.  Po prostu chwaliłam... dużo chwaliłam. Zachwycałam się gdy udało się zrobić zdjęcie. Doceniałam każdy równy kadr, nieucięte nogi czy głowę, i ostrość tam, gdzie trzeba. Pokazywałam to, co jest fajne, istotne i wyjątkowe. Ale zdarzało się także, że mówiłam "no zdjęcie petarda! tylko szkoda, że tutaj ucięło" i znów mówiłam "proszę".  No i robiliśmy :) A gdy udało nam się zrobić to co trzeba, z tych 70 zdjęć wybrać dobrych kilka - publikowałam. Publikowałam tak, by namówić Was do skomentowania samego zdjęcia. A Wy chwaliłyście - męża oczywiście. I on te komentarze czytał. I rósł! Wierzyć zaczął w swoje umiejętności. Co zdjęcie, to czuł się pewniej, chciał nauczyć się więcej, zaczął kombinować z ustawieniami, kadrami - zaczął czuć, czego mi potrzeba, czego oczekuję. A nagrodą były te wszystkie pochwały, Wasze również - dlatego punkt drugi to również Wasza zasługa.
Wiecie co było dalej? Chyba najistotniejszy z tych wszystkich 3 punktów: dziękowałam! Dziękowałam namiętnie :) Dziękowałam za każde zrobione zdjęcie. Za pomoc. Za poświęcony czas. Za chęci. I nadal dziękuję.

Prosząc - dałam mu poczucie bycia potrzebnym!
Chwaląc - dowartościowywałam go!
Dziękując - doceniałam po prostu!



Wniosek?
Jeśli chcesz, by facet chętnie robił rzeczy, o które go prosisz - nie róbcie z tego jego obowiązku. Jeśli coś zrobi - zamiast wytykać błędy - pochwal to, co zrobił dobrze. I dziękujcie! Słowa "dziękuję" nigdy w naszym życiu zbyt wiele... Także... Wiecie co robić! :) I nie mówię tu tylko o namowie do robienia zdjęć. A może pranie? Może gotowanie, albo cokolwiek innego? A nóż-widelec - sprawdzi się? :)

* * *

Jeszcze rok temu marzyłam o tym, by mój mąż brał do ręki aparat nie dlatego, że go o to proszę, ale dlatego, że chce zrobić zdjęcie...
Marzyłam o tym, by widząc miejsce widział potencjał, by powiedział "ale byłoby fajne ujęcie!".... i DOCZEKAŁAM SIĘ!







PS: wiem, że na pewno zapytacie:
komplet - link
botki - link 



Brak komentarzy

Prześlij komentarz